piątek, 12 lipca 2013

Początek.

PROLOG

Ciche westchnienie wyrwało się z pomiędzy warg siedzącego w starym, wysokim fotelu mężczyzny, kiedy po raz kolejny tego wieczora uniósł wzrok na leżącą na stole teczkę.
Nigdy nie przypuszczał, że jedna tak mało znacząca rzecz przyprawi go o tyle kłopotów. Że jedna tak mała i z pozoru nie szkodliwa osoba zrobi tyle zamieszania. Powoli pokręcił głową, przesuwając się do przodu i złapał za teczkę. Ciążyła mu w dłoniach, przypominając o minionych tygodniach.
-Lepiej by było gdyby Pan zadzwonił. Sama nie przyjdzie.- cichy głos zza jego pleców sprawił, że wzdrygnął się przyłapany na gorącym uczynku.
-Nie potrzebuję jej- odpowiedział, nawet nie spoglądając na mężczyznę.
-Myślę, że jednak tak. Po prostu nie zdaje Pan sobie jeszcze z tego sprawy młodzieńcze. Drugiej takiej ze świecą szukać.
-A ciebie kiedy kupiła? Co Henry?- warknął, wstając i gniewnie patrząc na starego lokaja. Mężczyzna uśmiechnął się dobrodusznie, wzruszając ramionami.- Inna na jej miejscu błagałaby o moją uwagę. Ona uciekła.
-Czy nie to właśnie czyni ją taką wyjątkową?- odpowiedział, niemal szepcząc, a chwilę później pan domu ponownie został sam, trzymając czerwony kartonik w ręku. Przymknął na chwilę oczy, po to by później wprawnym ruchem go otworzyć. Ze środka spoglądała na niego ładna dziewczyna uwieczniona na zdjęciu. Znał ten uśmiech aż nazbyt dobrze. Grzeczny, a jednocześnie bardzo chłodny uśmiech. Patrząc na zdjęcie znów poczuł się jakby stała tuż obok, rozmawiając z nim zupełnie poważnie, o frustrujących ją rzeczach. Była taka elokwentna i kulturalna. Nigdy się nie unosiła. Czuł się przy niej jak nie wychowany gówniarz mimo, że to ona była tak młoda.  Zawsze taka opanowana, trochę jakby wyprana z emocji. Ale widział każdą. Odbijała się w jej oczach, kiedy mierzyła go swoim wzrokiem. Wiedział co o nim myśli. Chciał jej pokazać, że w gruncie rzeczy nie jest taki zły jakim go postrzegają. Że jest wartościowym człowiekiem i ma w sobie coś więcej niż tylko ogromny majątek i umysł biznesmena. A później ona uciekła, tak dużo stało się w tak krótkim czasie. Zostawiła go samego, całkowicie rozbitego i pierwszy raz w życiu rozczarowanego. Nigdy nikt mu nie odmówił. Nikt mu się nie sprzeciwił i nie odszedł bez jego zgody. A ona... tak po prostu wyszła. Trzaskając drzwiami. I nie odezwała się po dziś dzień.
Podszedł do kominka i marszcząc brwi, powoli wrzucił teczkę w ogień. Ciepłe języki ognia, lizały papiery i zdjęcie, powodując nieznany mu uścisk w piersi. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz