PROLOG
Ciche westchnienie wyrwało się z pomiędzy warg
siedzącego w starym, wysokim fotelu mężczyzny, kiedy po raz kolejny tego
wieczora uniósł wzrok na leżącą na stole teczkę.
Nigdy nie przypuszczał, że jedna tak mało znacząca
rzecz przyprawi go o tyle kłopotów. Że jedna tak mała i z pozoru nie szkodliwa
osoba zrobi tyle zamieszania. Powoli pokręcił głową, przesuwając się do przodu
i złapał za teczkę. Ciążyła mu w dłoniach, przypominając o minionych
tygodniach.
-Lepiej by było gdyby Pan zadzwonił. Sama nie
przyjdzie.- cichy głos zza jego pleców sprawił, że wzdrygnął się przyłapany na
gorącym uczynku.
-Nie potrzebuję jej- odpowiedział, nawet nie
spoglądając na mężczyznę.
-Myślę, że jednak tak. Po prostu nie zdaje Pan sobie
jeszcze z tego sprawy młodzieńcze. Drugiej takiej ze świecą szukać.
-A ciebie kiedy kupiła? Co Henry?- warknął, wstając
i gniewnie patrząc na starego lokaja. Mężczyzna uśmiechnął się dobrodusznie,
wzruszając ramionami.- Inna na jej miejscu błagałaby o moją uwagę. Ona uciekła.
-Czy nie to właśnie czyni ją taką wyjątkową?-
odpowiedział, niemal szepcząc, a chwilę później pan domu ponownie został sam,
trzymając czerwony kartonik w ręku. Przymknął na chwilę oczy, po to by później
wprawnym ruchem go otworzyć. Ze środka spoglądała na niego ładna dziewczyna
uwieczniona na zdjęciu. Znał ten uśmiech aż nazbyt dobrze. Grzeczny, a
jednocześnie bardzo chłodny uśmiech. Patrząc na zdjęcie znów poczuł się jakby
stała tuż obok, rozmawiając z nim zupełnie poważnie, o frustrujących ją
rzeczach. Była taka elokwentna i kulturalna. Nigdy się nie unosiła. Czuł się
przy niej jak nie wychowany gówniarz mimo, że to ona była tak młoda. Zawsze taka opanowana, trochę jakby wyprana z
emocji. Ale widział każdą. Odbijała się w jej oczach, kiedy mierzyła go swoim
wzrokiem. Wiedział co o nim myśli. Chciał jej pokazać, że w gruncie rzeczy nie
jest taki zły jakim go postrzegają. Że jest wartościowym człowiekiem i ma w
sobie coś więcej niż tylko ogromny majątek i umysł biznesmena. A później ona
uciekła, tak dużo stało się w tak krótkim czasie. Zostawiła go samego,
całkowicie rozbitego i pierwszy raz w życiu rozczarowanego. Nigdy nikt mu nie
odmówił. Nikt mu się nie sprzeciwił i nie odszedł bez jego zgody. A ona... tak
po prostu wyszła. Trzaskając drzwiami. I nie odezwała się po dziś dzień.
Podszedł do kominka i marszcząc brwi, powoli wrzucił
teczkę w ogień. Ciepłe języki ognia, lizały papiery i zdjęcie, powodując
nieznany mu uścisk w piersi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz